Aktualności

  • Dowodzący pod Wiedniem wojskami Siedmiogrodu Gabriel...
    • autor: Wikimedia Commons, domena publiczna

23 listopada 1619 roku - Pierwsza odsiecz wiedeńska

Rozmowa z dr. Radosławem Lolo
 
Jak przebiegały wydarzenia nazywane dziś pierwszą odsieczą wiedeńską? Jaka była sytuacja w Cesarstwie i na czym polegało zagrożenie?

Jesienią 1619 roku sytuacja Ferdynanda II i austriackich Habsburgów w rozpoczynającym się właśnie konflikcie, nazwanym później wojną trzydziestoletnią, wcale nie przedstawiała się korzystnie. Zbuntowane stany czeskie, śląskie oraz morawskie wyparły wojska cesarskie, rosły w siłę i przejęły niemal całkowitą kontrolę nad terytorium Czech oraz Śląska. Jesienią wojewoda siedmiogrodzki Gabriel Bethlen najechał na Górne Węgry i Słowację, zaś 27 października przystąpił wraz z wojskami zbuntowanych stanów  do oblężenia samego Wiednia. Powstańcy uzyskali też wsparcie od Holendrów i liczyli na pomoc Unii Protestanckiej, a zwłaszcza jej przywódcy, elektora Palatynatu Fryderyka V. W tej sytuacji każda pomoc militarna udzielona Ferdynandowi II była niezwykle cenna.


Czy cesarz uzyskał pomoc z jakiejś innej strony? Dlaczego Zygmunt III zdecydował się wesprzeć cesarza?

Zabiegi dyplomacji habsburskiej koncentrowały się na kilku zasadniczych przedsięwzięciach. Po pierwsze, poseł cesarski w Stambule zabiegał, aby w ślad za Bethlenem - lennikiem sułtana - nie wyruszyły wojska osmańskie, co nie było wykluczone i mogłoby oznaczać ostateczną katastrofę. Po drugie, starano się uzyskać jak najszersze wsparcie ze strony Ligi Katolickiej w Rzeszy i jej przywódcy, księcia bawarskiego Maksymiliana I. Nie zapomniano wreszcie o Zygmuncie III i zawartym między Habsburgami i królem polskim pakcie familijnym z 1613 roku. Choć umowa ta nigdy nie została oficjalnie zatwierdzona przez sejm Rzeczypospolitej, Zygmunt III traktował ją jako ważne zobowiązanie i po nieudanych próbach interwencji dyplomatycznej postanowił działać. Po konsultacji z hetmanem Stanisławem Żółkiewskim ustalono, że najlepszym rozwiązaniem będzie wysłanie na pomoc cesarzowi oddziałów lisowczyków. Te lekkie chorągwie jazdy po zawarciu rozejmu w Dywilinie właśnie powróciły do Rzeczypospolitej z Moskwy i plądrowały południowo-wschodnie rubieże Korony. W ten sposób pozbywano się problemu ze swawolnikami, a jednocześnie udzielano pomocy cesarzowi.

Chcąc jednak zachować pozory neutralności, Zygmunt III posłużył się w akcji werbunkowej przebywającym w Rzeczypospolitej magnatem Jerzym Hommonayem. Został on wypędzony z Siedmiogrodu przez Bethlena i sam był zainteresowany akcja odwetową. Postanowiono, że lisowczycy pod wodza Walentego Rogawskiego przejdą przez Przełęcz Dukielską i  posuwając się na południe przez Słowację wkroczą do Siedmiogrodu, prowadząc działania dywersyjne i siejąc spustoszenie. Próbował ich powstrzymać Jerzy Rakoczy, ale został rozbity w mistrzowsko rozegranej przez Rogawskiego bitwie pod Hommoną, czyli Humiennem. Na wieść o klęsce Bethlen zwinął oblężenie Wiednia, przez co pierścień wokół miasta został przerwany, a stolica Habsburgów się utrzymała. Wydarzenia te Adam Kersten w swoim doskonałym studium słusznie nazwał pierwszą odsieczą wiedeńską.

Czy miała ona skutki wewnętrzne dla Rzeczypospolitej?

Właściwie pierwsze problemy zaczęły się jeszcze przed wyruszeniem lisowczyków, gdy ci -ozłożywszy się na Pogórzu - już od października 1619 roku zaczęli rabować i plądrować okolice Krosna, Jasła i Biecza. Wywołali już wówczas pierwsze głośno wyrażone niezadowolenie szlachty. Jednak dużo większego rozmachu  sprawa nabrała  po powrocie elearów, gdyż ci wszedłszy do Korony w dwóch grupach znowu zaczęli plądrować, budząc poważne zaniepokojenie szlachty małopolskiej. Wieści o kontaktach wojewody z Turcją dodatkowo spotęgowały nastroje niezadowolenia. Dzięki zręcznie prowadzonej polityce i propagandzie Bethlen sprawił, że szlachta małopolska poczuła się zagrożona akcją odwetową Węgrów, a co ważniejsze - do stycznia 1620 roku podobne obawy towarzyszyły samemu królowi.

Zygmunt III na darmo próbował teraz ratować sytuację. 21 i 26 grudnia wydał uniwersały nakazujące lisowczykom rozjechać się i  nie żądać więcej żadnej zapłaty - w przeciwnym wypadku mieli oni być rozbici przez wojska kwarciane.  Równocześnie do Preszburga wyruszył poseł Zygmunta III Stanisław Zadorski z próbą mediacji i deklaracją zachowania dobrych stosunków. W pierwszej kolejności należało oczywiście rozwiązać problem lisowczyków. Jak to już wykazał Adam Kersten, jeszcze w grudniu podjęto w tej sprawie decyzje i postanowiono zmusić ich albo do rozjechania się, albo do ponownego - jak to sugerował Żółkiewski - wyjścia  "na cesarską". Akcję mieli przeprowadzić  krajczy koronny Stanisław Lubomirski i hetman polny koronny Stanisław Koniecpolski. Posłużono się w tym celu stosunkowo niedużymi siłami. Lubomirski przyprowadził roty powiatowe województwa krakowskiego, a Koniecpolski wysłał kilka chorągwi komputowch, rozlokowanych na Pogórzu. Do starcia doszło w drugiej połowie stycznia 1620 roku pod  Miechowem. Część żołnierzy - prawdopodobnie grupę Walentego Rogawskiego - wcielono do wojska koronnego, resztę pod Jaroszem Kleczkowskim rozproszono, a następnie zmuszono do przejścia na Śląsk, celowo nie zadając im zresztą większych strat.


Jak dzisiaj ocenia się decyzję o wyprawie? Jakie przyniosła ona Rzeczypospolitej korzyści, a jakie straty? Czy w ostatecznym rozrachunku warto było ją podejmować?

Adam Kersten swój doskonały artykuł na ten temat zakończył właśnie pytaniem: "Czy , bez względu na przyczyny, dla jakich ją podjęto, przyniosła Rzeczypospolitej szkodę, czy korzyść?". Oczywista trudność w udzieleniu jednoznacznej odpowiedzi rodzi wszak i następne pytania. Wśród nich zaś na pewno nie ostatnie miejsce musi zajmować kwestia, czy gdyby królowi i jego stronnikom dane było znać militarne i polityczne koszty wysłania lisowczyków, to czy i wówczas zaangażowanoby się w to przedsięwzięcie.

Oceniając je generalnie stwierdzić trzeba, iż skutki doraźne były dla Rzeczypospolitej korzystne. Gdyby lisowczycy wyjszli przez Śląsk, oznaczało to pogorszenie stosunków z sąsiadami i dałoby opozycji kolejny asumpt do krytyki polityki zagranicznej dworu. Dla Habsburgów zaś pomoc okazała się przydatna i - co ważniejsze - skuteczna.

W historiografii polskiej pojawia się czasem pogląd, iż pierwsza odsiecz wiedeńska stała się przyczyną wojną z Turcją. Jak to dowodnie wykazał autor monografii na temat bitwy cecorskiej Ryszard Majewski, teza ta nie jest uzasadniona.

Kim byli i jak zapisali się w historii lisowczycy?

Lisowczycy byli lekką jazdą, stworzoną przez pułkownika Aleksandra Józefa Lisowskiego w okresie dymitriad. Służyć mieli przede wszystkim za łupy. W czasie dymitriad ich głębokie zagony w głąb państwa moskiewskiego istotnie przyczyniły się do sukcesów Rzeczypospolitej. Ponieważ w kwestiach oceny lisowczyków rzadko przytacza się ich punkt widzenia, warto w tym miejscu przytoczyć mowę, jaką w roku 1620, przed wyjściem na Śląsk, wygłosił pułkownik Jarosz Kleczkowski, dokonując niejako autoprezentacji lisowczyków. Przedstawił w niej swych podkomendnych jako specyficznych w społecznych realiach Rzeczypospolitej najemników, których podstawą utrzymania jest wojna. Żalił się, że mimo licznych trudów, Ojczyzna zabroniła im wytchnienia, przypomniał zasługi oddane w czasie dymitriad i wyprawy pod Humienne, za którą to wojsko nie otrzymało obiecywanej zapłaty. Ciekawy  sąd wypowiedział Kleczkowski na temat szlachty i jej postawy: "A upominającym się [lisowczykom o zapłatę ] wojskom świeżym, na obronę granic ojczystych zebranym, położywszy jeszcze nad to  pospolite ruszenie uchwalają, które na ostatni tylko upadek zachowuje sobie Ojczyzna, jakoby jakich wyrodków z Ojczyzny wychodzić przymuszają. Nie nowina to wprawdzie, że ludzie rycerscy, lubo to z przyrodzenia pokoju nie cierpiący, chlebów sobie dostawają szablą, ale to dziwna, gdy bracia, jednej Matki synowie wzajem się znosić usiłują. W głodny rok pies psa kąsa". Lisowczycy - według słów swego wodza - nie chcieli rozlewu bratniej krwi. Nie mając się czym żywić i nie znajdując wdzięczności w Ojczyźnie, postanowili więc wyjść na służbę cesarza.

Wielkim piewcą czynów wojennych lisowczyków był ich kapelan Wojciech z Konojad  Dębołęcki, autor dzieła Przewagi elearów polskich, co ich niegdy lisowczykami zwano. Ukazał on lisowczyków jako bezinteresownych obrońców wiary katolickiej, którzy w jej obronie walczyli zarówno z prawosławną Moskwą, jak i protestantami na Śląsku i w Rzeszy. Z wielkim uznaniem o  dowódcach lisowczyków wypowiadał się również Szymon Starowolski, który w swoich Wojownikach sarmackich wymienił Aleksandra Lisowskiego, Walentego Rogawskiego, Jarosza Kleczkowskiego, Stanisława Rusinowskiego, Stanisława Strojnowskiego, Idziego Kalinowskiego i Mikołaja Moczarskiego (Mocarskiego). Z uznaniem o ich walorach bojowych wypowiadał się Albrecht Wallenstein.

Nie brakowało również głosów potępiających lisowczyków przede wszystkim za ich bezwzględne rabunki, jakich dopuszczali się w kraju i poza jego granicami. Potępiał ich z całą bezwzględnością i przy każdej okazji Walerian Nekanda Trepka w Liber chamorum. W podobnym tonie wypowiadał się autor anonimowego tekstu O żołnierzach lisowczykach sine lege. Przejawem niechęci szlacheckiego społeczeństwa do lisowczyków były wreszcie surowe konstytucje sejmowe z lat 1623-1624, które za sam fakt bycia lisowczykiem skazywały na banicję i infamię.
   
Dr Radosław Lolo - pracownik Wydziału Historycznego Wyższej Szkoły Humanistycznej im. Aleksandra Gieysztora w Pułtusku. Zajmuje się badaniami nad polityczną i wojskową historią Polski nowożytnej. Autor m.in. pracy Rzeczpospolita wobec wojny trzydziestoletnie (1618-1635). Opinie i stanowiska szlachty (2004).

  • autor: Źródło Muzeum Historii Polski, data: 2021-11-23

Wstecz

Banery